Fotografia – moja pasja
Kiedy miałem trzy lata, w 1959 roku pojawił się u nas w rodzinie aparat fotograficzny DRUH.
W tamtych latach był to typowy prezent dawany dzieciom na I komunię św. I tak u nas też było. Mój starszy brat dostał DRUHa z tej okazji. Kilka lat aparat ten służył nam wiernie. Zwykle używany był na wakacjach, które w tamtych czasach spędzaliśmy zawsze w Zakopanem. Zachowały się w naszym archiwum pierwsze zdjęcia ze mną przy „Witkiewiczówce”, na Gubałówce tuż przy stacji górnej kolejki oraz kilka lat później z bratem na Kalatówkach i na Antałówce. Kiedy już nieco podrosłem to pamiętam jak pomagałem zakładać i wyjmować film z aparatu, bo mama miała z tym kłopoty.
Kilka lat później około 1964 roku dostaliśmy od wujka z Anglii aparat Kodak – Duaflex Camera. Była to lustrzanka dwuobiektywowa o wyglądzie jak z kosmosu. Szkło, aluminium, wygląd ultra nowoczesny – aparat śliczny – zagraniczny.
Ale jak później się zorientowałem możliwości miał porównywalne z DRUHem, bo tak samo migawka miała tylko 1/50 sekundy i na czas ale były trzy przysłony 8, 11 i 16. Pamiętam, że błony 120 do niego musiały być nawinięte na cienkie rolki, nie takie grube jak do DRUHa. Z tym aparatem wiąże się pewna przykra przygoda. Około roku 1966 będąc latem w Zakopanem, była piękna pogoda i postanowiliśmy zrobić dużą wyprawę całą rodziną nad Zmarzły Staw – ten pod Zawratem. Wzięliśmy Kodaka, aby mieć pamiątkowe zdjęcia. Wszyscy byliśmy zachwyceni widokami i byliśmy pod wielkim wrażeniem przyrody tatrzańskiej. Po powrocie do Warszawy oddaliśmy do wywołania kliszę i z niecierpliwością czekaliśmy na zdjęcia z naszej wspanialej wycieczki. Kiedy zgłosiliśmy się do POLIFOTO po odbiór zdjęć dostaliśmy koszmarną wiadomość. Wszystkie zdjęcia były znacznie prześwietlone i wg laboranta nie nadawały się do zrobienia z nich odbitek. Były prześwietlone i nieostre. Pamiętam swój olbrzymi zawód. Widziałem ten negatyw i faktycznie klatki były czarne i z trudem tam coś można było na nich zobaczyć. Pamiętam, że wtedy zakiełkował mi pierwszy raz pomysł, że gdybym miał swoją ciemnię, to mimo wszystko spróbowałbym wykonać jakieś zdjęcie z tego negatywu. Jak sobie przypominam w aparacie migawka wtedy była ustawiona na czas i faktycznie trudno było uzyskać nieporuszone zdjęcie i dobrze naświetlone. W latach późniejszych nad Zmarzły Staw chodziłem wielokrotnie, ale za każdym razem wspominałem tę pierwszą wycieczkę. Już pilnowałem prawidłowego naświetlania i mam dużo ładnych zdjęć z tej trasy. Tamta klęska w ustawieniach aparatu spowodowała, że od tej pory wiedziałem, że przy robieniu zdjęć trzeba myśleć.
W 1967 nasz tata pojechał w delegację służbową do Moskwy i stamtąd przywiózł Zorkę-4 z wytłoczeniem na wierzchu, że jest to specjalna seria aparatów wypuszczonych z okazji 50 rocznicy Rewolucji Październikowej. Aparat już był małoobrazkowy z obiektywem Jupiter-8. To był znakomity aparat z cudownym obiektywem, który dawał niesamowicie ostre obrazy. Ten aparat trafił głównie w ręce brata. Ja chcąc mieć jakiś swój aparat kupiłem w 1968 roku Smienę-8. Ten aparat spowodował, że na poważnie wziąłem sie za fotografię.
Kupiłem sobie książkę Zdzisława Pękosławskiego „Fotografia w praktyce amatorskiej” i czytałem ją tyle razy, że praktycznie nauczyłem się jej prawie na pamięć. Już w początkowym okresie posługiwania się Smieną szybko stałem się w szkole klasowym fotografem.
Z początku oddawałem negatywy do wywołania do zakładu POLIFOTO, gdzie także wywoływałem zdjęcia papierowe w wymiarze 6 x 9, tradycyjnie zlecając wykonanie po jednym zdjęciu z dobrych klatek – na co czekało się zwykle tydzień. Bardzo szybko moja niecierpliwość wzięła górę i z łazienki zrobiłem sobie ciemnię fotograficzną. Miałem w mieszkaniu ten luksus, że toaleta była osobno i nie groziła mi nagła pilna próba wtargnięcia domownika do ciemni. Drzwi blokowałem, aby nikt przypadkiem nie wszedł, a wyłącznik światła zalepiałem plastrem, aby również zapobiec katastrofie w ciemni. Zaciemnienie i przygotowanie łazienki do wywoływania zdjęć zajmowało mi ponad godzinę. Z upływem lat wymyślałem jak przyspieszyć ten proceder i pod koniec osiągałem gotowość bojową już po ok. 20 minutach. Na początku miałem taki czarny bakelitowy koreks, który nie podobał mi się w użyciu, dopiero drugi koreks Krokus 800 ml już był dla mnie dobry i wygodny w użyciu.
Z początku kilka lat miałem powiększalnik BETA-NOWA, a potem kupiłem powiększalnik Krokus-44 L color.
Od wujka z Anglii dostawałem roczniki National Geographic, w których zdjęcia przyrody były wręcz oszałamiające. Śliczne, fantastyczne, kolorowe i do bólu ostre. Jednak jeszcze bardziej z zapartym tchem oglądałem piękne reklamy aparatów fotograficznych takich marek Minolta, Konika i Canon. Jednak najbardziej mi się podobał i zawsze chciałem mieć ślicznego czarnego Olympusa OM-2. Wiele lat marzyłem o lustrzance jednoobiektywowej. Wyobrażałem sobie jakie to musi być piękne widzieć obraz na matówce i móc tam ustawić dokładnie ostrość fotografowanego obiektu. Kiedy już dostałem się na Politechnikę Warszawską Wydział Inżynierii Lądowej w 1975, a więc po 7- miu latach intensywnego użytkowania Smieny-8, wszystkie odłożone pieniądze przeznaczyłem na lustrzankę jednoobiektywową. Widziałem w sklepach aparaty z serii Praktica, które czasem pojawiały się na półkach, ale szybko z nich znikały. O takich aparatach tylko mogłem pomarzyć.
Mnie stać było tylko na najtańszy i najstarszy, zajeżdżony egzemplarz ZENIT-E z obiektywem Industar-50, którego kupiłem w komisie na ul. Nowy Świat blisko ulicy Foksal. Mimo długiego użytkowania aparatu przez poprzedników, ten Zenit-E służył mi wiele następnych lat i nigdy mnie nie zawiódł. Wreszcie mogłem ustawiać ostrość na matówce i tam kadrować. Wbudowany światłomierz bardzo ułatwiał wybór parametrów ekspozycji i szybko opanowałem prawidłowe nastawy aparatu. To był najsłabszy obiektyw, bo nie był to Helios ze światłem f/2 tylko miał otwór f/3,5. Ale przekonałem się do tego obiektywu, bo całkiem ostro rysował. Później używałem go także w powiększalniku.
Takie były początki mojej pasji fotograficznej. W 1991 roku nie chcąc ciągle wykonywać zdjęć tym samym aparatem kupiłem w innym komisie Pentax Asahi K-1000. Znowu strona finansowa okazała się istotna i dlatego ponownie kupiłem używany aparat. Pan w komisie, pochwalił mi tego Pentaxa i powiedział, że ma on już 15 lat i zapewniał mnie, że jest to solidny aparat jak czołg i będę go używał następne długie lata. Co ciekawe przepowiednia sprzedawcy sprawdziła się. Do dziś mam ten aparat (on ma już 50 lat) i zdjęcia z niego i sam aparat cieszą moje oczy. W 1997 roku byłem posiadaczem PENTACON SIX TL, ale jakoś nie zakochałem się w tym aparacie i tylko jedno zdjęcie z niego lubię, kiedy kometa Hale-Boppa już była w ostatniej fazie widoczności. Był dla mnie za duży i za ciężki.
Na samym początku XXI wieku szybko rozwijała się fotografia cyfrowa. Z roku na rok pojawiały się coraz to lepsze aparaty. Moja sytuacja finansowa pozwalała mi już na zakup nowych aparatów i zmieniałem je jak rękawiczki. Kiedy zacząłem się przyzwyczajać do danego modelu, to widziałem w nim jakieś mankamenty, a w sprzedaży pojawiały się coraz lepsze cudeńka. Wtedy zacząłem poważniej zajmować się astrofotografią i z tego powodu przez moje ręce przeszło mnóstwo aparatów. Aby móc wykorzystywać te same obiektywy zdecydowałem się pozostać wierny jednej firmie i używać aparatów marki Canon. Przez tych ostatnich kilkanaście lat zmieniałem co chwilę modele Canonów. Ponieważ lubiłem fotografię zarówno „normalną” jaki i astrofotografię dlatego jeśli aparat mi się podobał to kupowałem drugi taki sam i modyfikowałem go przez wymianę lub usunięcie filtru IR sprzed matrycy. Kolejne aparaty miały coś dla mnie lepszego: a to odchylany ekran (Canon 700D) ułatwiający kadrowanie obiektów w zenicie, a to pełna klatka i niskie szumy (Canon 6D). Niestety ten Canon znowu miał nieruchomą matrycę. Ostatnio nabyłem Canona R8, który ma duży odchylany ekran, pełną klatkę i bardzo jasny wyświetlacz, na którym widzę w trybie live słabe gwiazdy, dzięki czemu bez problemu mogę kadrować i ustawiać ostrość fotografowanych gwiazd. Ten aparat jest dla mnie najwygodniejszy w użyciu. Jest mniejszy i lżejszy niż Canon 6D.
Czas szybko leci i nie wiadomo kiedy doczekałem się 70-tych urodzin. Kilka lat temu poprzez osobę znanego artystę malarza Wojciecha Fangora poznałem fotografa pana Bogdana Sarwińskiego.
W sieci odkryłem iż p. Bogdan jest miłośnikiem DRUHów. Oglądając filmy o tych aparatach obudziła się we mnie nostalgia do tamtych czasów i ponownie zwróciłem uwagę na fotografię analogową. Dlaczego nie spróbować jeszcze raz przygody z DRUHem? Produkcja tego aparatu ruszyła pełną parą w roku 1956, a więc DRUH też ma 70 lat – tak jak i ja! Wyprodukowano tych aparatów w sumie ok. 1 100 000 sztuk, więc na rynku wtórnym można go jeszcze kupić.
Pewnie nikt nie używał tych aparatów do astrofotografii. To może ja będę pierwszy i spróbuję. W planach mam wykonanie FASTRO-DRUHa, czyli prawem serii czterech Canonów 550D, 700D, 6D i R8 będę miał dwa DRUHy, w tym jednego zmodyfikuję pod astrofotografię.
Zdjęcie nowego aparatu DRUH wkrótce
Poniżej lista aparatów, które przewinęły się przez moje ręce.
DRUH – 1959 – własność brata
Zorkij 4 – 1967 – rodzinny
Smena 8 – 1968 – moje
Kodak 6×6 – lustrzanka dwuobiektywowa Duaflex Camera
Zenit E – 1976
Czajka II
Pentax Asahi K1000 – 1991
Prakica L
Canon Power Shot
Minolta Dimage E223
Canon 300D
Canon Power Shot A80
Olympus E330
Moskwa 6×9
Canon 550D – 2 sztuki
Canon 700 D – 2 sztuki
Canon 6D – 3 sztuki
Sony Cyber Shot
SONY DSC-W55
SONY Cyber Shot DSC-H10
Sony H7
Sony A6000
Sony Cyber Shot DSC-RX10
Canon R8 – 2 szt
DRUH – 2026 – 2 sztuki














